Jestem taki sam jak sam jest taki, czyli każdy,
niemniej czasem myślę sobie co by było gdybym dowiedział się że umrę za 60 sekund...
Po pierwsze - chyba bym się przestraszył... to dziwne wiedziec kiedy się umrze i jeszcze
trudniej w to chyba uwierzyć. W pewnym sensie ludzie śmiertelnie chorzy mają ten niebywały przywilej wiedzy
- choć nie chciał bym się z nimi zamienić...
Po drugie - 60 sekund to za mało by zrobić cokolwiek sensownego, gdybym miał przy sobie
ważne mi osoby może zdązył bym powiedzieć coś banalnego, - nie nie oczywiście były by to zarazem
najważniejsze słowa które miałbym do powiedzenia, ale w głębi duszy wydaje mi się że ONE (osoby) to już wszystko wiedzą;
że kocham, że myślę czule, że jeśli to możliwe to kiedyś się spotkamy, a jeśli nie to żeby żyły pełnią życia,
bo jest takie krótkie, a przecież można w nim być szczęśliwym.
Może gdybym wiedział... że to 60sekund to nie mówił bym nic... tylko mocno przytulił moją żonę i ucałował ją w czoło i powiedział,
że wszystko będzie dobrze ? ...
w zeszłym roku 600 km... symbolicznie więcej niż w 2010r.
Może ten rok będzie ambitniejszy jeśli chodzi o bieganie - zobaczymy
Kariera się rozwija ;p .. egzaminów masa do pozdawania mimo że skończyłem te cholerne studia... :/
teraz nawet za pierwszy termin trzeba zapłacić ... więc powtórki zupełnie się nie opłacają...
biegnę biegnę - tylko gdzie?
i czy w polsce będzie źle (gorzej ?)
Gdybym miał cię choć raz,
pewnie zrobiła byś mi dobrze jak wyćwiczona dziwka,
zostawiając z kacem moralnym i niedopitym whisky
w przezroczystym plastikowym kubku.
Tańcząc w rytm akompaniującego pianina z aparatem w dłoni.
Tymczasem Exchange 2010 to tylko serwer pocztowy,
w wypadku którego fajntazja ogranicza się do spełniania zapisów
300 stronnicowego dokumentu opisującego "best practice"
Gdybym miał cię choć raz,
wyrzucił bym światu, że jest okrutny i źle mnie traktuje,
nie umiał bym pewnie też policzyc czy 1,5% od kapitału
to dużo, gdy doradca finansowy oferuje mi najlepsze zabezpieczenie
dla mojej emerytury.
że żona go nie rozumie i wcale ze sobą nieśpią,
ona na pamięć to umie.
Kiedyś schudne.
Po szybkim śniadaniu i jeszcze szybszym pakowaniu - zmywamy się z mokrego do granic możliwości kempingu w Tokaju. W mojej głowie - lekkie podekscytowanie - jaka właściwie jest ta Rumunia ... i czego można się po niej spodziewać ?
Dobrą drogą dojeżdzamy do granicy (odprawa paszportowa) i zatrzymujemy się na stacji benzynowej by zakupić rumuńską winietę (opłatę drogową) koszt kilka euro / tydzień i troszkę więcej niż 2x więcej za 30 dni - kupujemy tą dłuższą ... bo nie chcemy potem szukać kolejnego miejsca gdzie ją zakupić. W rumuni kontrolowano nas dwukrotnie, więc wniosek taki - że winiety się przydają ;-)
Satu mare - cóż - miejscowość przygraniczna, dość specyficzna - ni to duże miasto ni to małe miasteczko. Piękny park w centrum miasta z zabytkowym hotelem (wszystko chyba "po węgierskie") kontrastuje z budowlami z czasów Czauczesku. Z jednej strony piękny secesyjny hotel (choć w remoncie) z drugiej wielki budynek z szarego betonu, mianowany całkiem słusznie najbrzydszym budynkiem w rumunii.
Po krótkim spacerze po mieście, ruszamy dalej - Przez Certeze - przedziwną miejscowość w której kicz kiczem popycha a każdy dom wygląda jak mały hotel w budowie - z chromowanymi balustradami, atlasami podpierającymi portyki i frontami ze szkła. (Warto zrobić zdjęcie), potem przełęcz HUTA - na której znajduje się restauracja którą śmiało można odradzić. Jedyne miejsce w Rumunii, gdzie z premedytacją chciano nas naciągnąć (oszukać) - jedzenie przyzwoite, ale bez rewelacji.
Pod wieczór trafiliśmy w końcu do Sapanty - opisywanej chyba w każdym przewodniku po rumunii. Znajduje się tam - jedyny na świecie "wesoły cmentarz". Jak to z atrakcją turystyczną bywa, wysypują się z autokarów japońscy turyści i niemieccy emeryci..., co szczęśliwsi by zaoszczędzić 4 ron opłaty za wstęp na teren cmentarza - robią zdjęcia przez mór. W Sapancie - mimo że to mała wioska, znajduje się też camping i kilka prywatnych kwater noclegowych.
My wybraliśmy camping. Całkiem wesołe międzynarodowe towarzystwo uprzyjemniło kolejny wieczór deszczowej pogody.
W końcu zasłużony urlop - wybór padł na Rumunię - bo to blisko... trochę egzotycznie, trochę swojsko... no i do tego jeszcze
tam nie byłem ... a to przecież UE...
Na początku planowaliśmy przelot samolotem i wynajęcie przynajmniej na jakiś czas samochodu na miejscu - ale po sprawdzeniu kosztów, doszliśmy do wniosku, że to poroniony pomysł i że z Polski do Rumunii jest tak blisko, że przecież możemy pojechać swoim samochodem. Trochę tylko nie pomyśleliśmy, że w międzyczasie namówiliśmy znajomych bez samochodu na tę samą wycieczkę... i że w sumie wypadało by się zmieścić w czwórkę... a mój "żuczek" (clio II) jak by to powiedzieć jest jednak trochę malutki jak na taki skład. Na szczęście w ostatniej chwili zlitował się nad nami mój ojciec i zaproponował, że pożyczy nam swój stary samochód Mitsubishi Carizmę.. z prawie 250l bagażnikiem (na prawdę duży) tym oto sposobem byliśmy (prawie) gotowi do drogi.
Prawie - bo jeszcze wpadliśmy na pomysł, że przynajmniej część noclegów spędzimy pod namiotem - a co za tym idzie - przydał by się namiot... Na szczęście w dzisiejszych czasach jedynym problemem są zawsze pieniądze i tak po 2h spędzonych w decatlonie wyszliśmy stamtąd z pięknym nowiutkim namiotem w systemie 2seconds "easy" ;-) - Namiot śmieszny bo po złożeniu jest nadal wielkim kółkiem i raczej nie nadaje się na rower czy do plecaka... ale za to do samochodu jak najbardziej... a potem wystarczy go wyciągnąć z pokrowca .... i sam się rozkłada (no prawie) ;-) ale o tym to może na końcu wszystkich odcinków tej opowieści.
Dzień pierwszy - wyjazd planowany z Krakowa o 10 ... no może 11 ... - zgodnie z planem udało nam się wyjść z domu już przed 12... podjechać do znajomych, przepakować bagażnik... no i w drogę.
Kierunek - południowy wschód - przez Wieliczkę, Dobczyce na nowy sącz i w dół -> kierunek na Tokaj.
Słabe te polskie drogi, wolno się jedzie, na granicy zasłużony postój na kanapkę. (Z dzisiejszej perspektywy powiedział bym, że zatrzymaliśmy się na POPAS... ale wtedy jeszcze tego nie wiedzieliśmy).
Pod wieczór wylądowaliśmy w Tokaju - niestety pogoda nie zachęcała do czegokolwiek, z nieba strugi deszczu. Nie wiedzieć czemu - naszym jedynym kontaktowym miejscem na nocleg w Tokaju był tamtejszy kemping... - przy czym z uwagi na deszcz i ogólną nadmierną ilość wody wszędzie nawet nie przyszło nam do głowy by wypróbowywać nasz nowiutki namiot. Na kempingu wynajęliśmy "hotel resort" czy coś o równie pięknej nazwie - co w rzeczywistości było czterema łóżkami wciśniętymi w pomieszczenie wyglądające na wnętrze niezbyt dużego kontenera...
Gdy zadbaliśmy już o nasze spanie - mogliśmy wyruszyć w poszukiwaniu butelki tamtejszego wina. (w końcu po co jechać do Tokoaju ?) Zjedliśmy więc conieco w jedynej otwartej restauracji - przy dzwiękach spalających się ciem i komarów w maszynie śmierci. Sam tokaj - całkiem klimatyczny, ale raczej to malutka mieścina/turystyczna wioska do której warto wpaść na wino, a wino w tokaju mają dobre... Nawet w hotel resort dobrze się po nim usypia.
Ciąg dalszy przydługawej opowieści nastąpi niebawem... póki wszystkie wspomnienia ulecą.
W końcu chciałbym wszystkich namówić na podobny wyjazd - bo to na prawdę udane wakacje. Polecam wszystkim wycieczkę do Rumunii samochodem z nastawieniem na zwiedzanie i łażenie po górach.
No tak - pisanie o tym, że zaczął się nowy rok 22.III to dość spóźniona notatka. W sumie ostatnio stan zabiegania jest na tyle duży, że takie opóźnienie nie powinno nikogo dziwić - przynajmniej osób które gdzieś tam przewalają się w bliższej lub dalszej odległości od naszego ogniska domowego.
Franciszek D.k ma już z 6 miesięcy i rośnie chłopak jak na drożdzach (w końcu rodzice karmią go jak trzeba). Rodzice Franciszka nawet ostatnio wybrali się na narty - czym wpędzili w zakłopotanie nasze ognisko domowe - w końcu my nie znaleźliśmy jak na razie czasu, żeby wybrać się choć na jeden dzień - ale wszystko przed nami, jeśli dotrwamy do piątku - to jedziemy do Livigno... mmmm..... Nie mogę się doczekać !
Kasia kupiła nowego laptopa - śliczneo malutkiego 11,6 calowego sony vaio - całkiem zgrabna maszynka... ale te Windowsy ;-)
no cóż - ja już jestem zboczony - nawet firmowego laptopa przerobiłem na Ubuntu... i nikt mi już nie wmówi, że Windowsy to jedyny słuszny system. Choć niestety muszę przyznać, że niektórych aplikacji po prostu pod Ubuntu nie ma - ale jest ich na tyle niewiele, że można uznać, że dostawcy tych usług są po prostu ignorantami - i ich strata.
Aby tradycji stało się za dość podsumowanie:
Biegowo:
52 treningi 492 km - czyli 1/3 tego co przed rokiem ;-)
Życiowo :
Pełno zmian,
w końcu upragnione trzy literki przed nazwiskiem,
potem zaręczyny, szał organizacji wesela,
sprzedaż i kupno nowego mieszkania,
pierwszy własny mikro remont.
nowa praca.
Ogólnie wszystko się zmieniło i ten rok był zabójczy,
Sukcesów całe mnóstwo - poczynając od mądrej żony ;-)
a na pierwszym cercie (CCNA) włącznie,
Kolejny rok to chyba przede wszystkim powinna być mobilizacja
karierowo - finansowa. Trzeba się trochę podciągnąć w dziwnych technologiach,
poznać Solarisa, NetApp'a, zrobić w końcu CCNP,
w międzyczasie chciałbym zaliczyć jakiś Maraton... i jeśli była by na to kasa
to w końcu zapisać się na szybowce. W końcu możliwe że to jeden z ostatnich
lat bez bachora... (czytaj dzidzisia)
Amen.
Blog uleciał do historii,
Kiedyś miałem czas na to by spędzać go dla przyjemności przed komputerem,
teraz robię to głównie w pracy - stąd też brak czasu na prowadzenie bloga,
ot normalne,
ot ostatnio wszystko stało się normalne, ten rok to wpasowanie się
w normalną normalność szarą jak layout mojego bloga... ->
oświadczyny, obrona mgr, nowa praca, zmiana kawalerki (bardzo dosłownie kawalerskiej)
na w pełni rodzinne mieszkanie "z żoną", ślub, a w końcu jak by tego było mało zostałem
wujkie.
Jestem więc szary jak nigdy, marzy mi się tylko wolny dzień na to by siedzieć i nudzić się/
myśleć. Zupełnie straciłem umiejętność dłuższo terminowego planowania - bo wszystkie
plany skutecznie były modyfikowane przez "życie" zwane przygotowaniem ślubu,
papierkami, załatwianiami i życiem codziennym którego na jutro nie da się przełożyć.
Priorytety ! ot - trzeba to przemyśleć
Dawno nie widziałem tak dobrego filmu.
Ot. Kilka złotych myśli przedstawionych w wyjątkowo przyjemy i nieoczywisty sposób.
Taka przyjemna pożywka do tego, żeby znowu pomyśleć nad tym jak to jest z naszymi wyborami,
z naszą wolną wolą, z fizyką, z chemią, z życie w ogóle...
dobry kawałek kina - na prawdę polecam
ps. trayler strasznie słaby... ale pewnie tak to już jest z dobrymi filmami, że muszą mieć słaby trailer